Kategorie: Wszystkie | Aktualności | FILMY | Jesień | Lato | O blogu | PLUS MINUS | Wiosna | Wystawy | Zima
RSS
sobota, 16 września 2017
Latem dzieci rosną najbardziej

Psy

                W letnich miesiącach zazwyczaj powstaje najwięcej zdjęć z racji spędzania dużej ilości czasu na dworze w towarzystwie zwierzaków i aparatu. Tegoroczne wakacje były dla mnie tym bardziej wyjątkowe, że mogłam obserwować, jak szczeniaki zmieniają się z puchatych krótkonogich kuleczek w długonogich nastolatków porastających coraz twardszą i doroślejszą sierścią.

 

Psy

Diego i Farid

W pewnym momencie zauważyłam też zniknięcie mleczaków i pojawienie się garnituru zębów stałych, które układają się wygodnie we wciąż rosnących psich paszczach. Zachwycają świeżą bielą i już nieco przerażają swoimi rozmiarami.

Diego z rodzeństwa jest najbardziej przyzwyczajony do mojej obecności i dziwnych pomysłów, więc zwykle u niego jako pierwszego dostrzegałam wszystkie oznaki dorastania. Bez sprzeciwu pozwalał policzyć sobie wszystkie zęby i rozczesać portki, które ma wyjątkowo zbite, ich struktura przypomina mi wełnę do dociepleń. Bardzo trudno wbić w nie szczotkę, więc tym bardziej święta cierpliwość Diego się przydaje. Pozostałe szczeniaki mają raczej jedwabistą sierść, łatwiejszą do pielęgnacji, ale możliwe, że jeszcze się to zmieni.  

 

Diego

Diego

Diego

                Diego powoli zmienia kolor szaty. W lipcu był rudawy, a we wrześniu  zrobił się „czarnawy”.

 

Diego i Farid

Diego i Farid

Dni upływają mu oczywiście na zabawie z Faridem przeplatanej częstymi drzemkami, a wieczory i noce na czujnym stróżowaniu. W wakacje starałam się spędzać z nim jak najwięcej czasu i szlifować kilka wyuczonych komend, podjęłam nawet próbę przyzwyczajania go do obroży i chodzenia na smyczy. Szybko jednak okazało się, że z powodu częstych wyjazdów i wizyt znajomych w domu niewiele jest okazji, by pospacerować na uwięzi. Poza tym nie od dziś wiadomo, że dużo ciekawsze dla psów są przechadzki luzem. Zresztą nie planuję opuszczania z Diego terenu posesji poza sporadycznymi wizytami u weterynarza, więc nie mam za bardzo bodźca do intensywniejszych ćwiczeń.

 

Diego

Diego

Diego

Za to bawimy się węzłem, który zdaje się pomału „kurczyć” w porównaniu z coraz większym psem. Oczywiście czasem okazuje się, że od węzła ciekawsza jest ławka, ale tej mu przecież nie rzucę ani się nie poprzeciągam, więc zainteresowanie trwa krótko, przynajmniej w mojej obecności.  

 

Diego

Diego uwielbia wyciągać z kojca niebieską poduszkę i czeka, aż ktoś się nią zainteresuje i będzie chciał odnieść z powrotem. Poduszka okazuje się w jego mniemaniu świetną alternatywą węzła do przeciągania. Niedługo chciałabym kupić mu zestaw naturalnych gryzaków, by sprawdzić, czy przypadną mu do gustu i zajmą go na dłużej choćby wtedy, gdy jest zamknięty w kojcu. Póki co bawi się patykami, które są tam poukładane jako rozpałka do domowego pieca, a to raczej niewskazane…

 

Farid

                Farid 9 sierpnia skończył 7 lat. Przyzwyczaiłam się już do jego wyjątkowo szczupłej sylwetki i bardzo długiego, wręcz jedwabistego włosa i przestałam liczyć na to, że jakaś dieta cud spowoduje nagłe przybranie na wadze i zagęszczenie sierści. Najważniejszy jest brak rewolucji żołądkowych i rozsądna ilość tłuszczu na żebrach, żebym nie musiała na nich grać szczotką podczas czesania.

 

Inka

                Inka do tej pory była raczej przy kości, dopiero ostatnio zaczęła mniej jeść. Myślę, że u niej jest to kwestia zaawansowanego wieku. Prawie nic nie słyszy i coraz gorzej widzi, ale pomimo tego nadal błyskawicznie orientuje się, kiedy trzymam aparat w ręce i robię jej zdjęcia. Ma bardzo głęboko zakodowaną reakcję ucieczki, choć wciąż nie wiem, czy z powodu kształtu przedmiotu, czy dźwięków, jakie wydaje. Gdy w rękach trzymam przysmaki albo po prostu zamierzam ją pogłaskać, zachowuje się zupełnie inaczej. Chętnie wychodzi mi naprzeciw i czeka na łakocie albo pieszczoty, machając ogonem i nastawiając z zaciekawieniem uszy.

 

Psy

Niemniej jednak w wakacje udało mi się zrobić nawet kilka zdjęć, na których są wszystkie trzy psy – Inka miewała chwile zapomnienia.

 

Koty

Koty

Koty

                 Letnie popołudnia były dla mnie okazją do odwiedzania kotów z szopy i pewnego dnia porobiłam im zdjęcia. Obecnie dorosłych kocic już nie widuję (nawet kolorowej ulubienicy), za to z kociętami przebywa szaro-biały kocur zwany przez nas „niańką”.

 

Koty

                Na poprzednich zdjęciach uwieczniłam kocięta z miotów wiosennych, a niedawno okazało się, że mamy już jeden miot jesienny, powity przez obcą kocicę. Mnie nigdy nie udało się jej spotkać, ale moja siostra twierdzi, że wyglądała ona jak „kopia kocura-niańki”. Przez nadgorliwość w ścieleniu kotom pudełek na zimę niestety pozbawiłyśmy kocięta matczynej opieki. Już gdy wyjmowałyśmy je po kolei, by przełożyć do nowego legowiska, okazało się, że jeden nie żyje. Następnego dnia czworo pozostałych było lodowato zimnych. Pomyślałam, że kocica pewnie odrzuciła miot, bo zbyt mocno pachniał człowiekiem i leżał w innym pudełku, niż ona go zostawiła. Zabrałam kocięta do domu i ogrzewałam przez kilka godzin butelkami wypełnionymi gorącą wodą owiniętymi w grube skarpety. Będąc w stanie wyższej konieczności nakarmiłam je kilka razy za pomocą pipety tłustym krowim mlekiem, byle miały cokolwiek ciepłego w żołądku. Gdy doszły do siebie, późnym wieczorem zaniosłam je z powrotem do szopy z kolejną butelką „na drogę”. Zajrzałam do nich jakiś czas później i wydawało mi się, że kocica u nich była i je nakarmiła, bo nie piszczały i nie pełzały. Nie podobało mi się, że nie siedzi przy nich cały czas, ale pomyślałam, że skoro mają butelkę, to nie wyziębią się tak szybko, czekając, aż matka znów przyjdzie je nakarmić. Wszystko robiłam w dobrej wierze z nadzieją, że kotki będą miały naturalną opiekę. Rano jednak dwoje kociąt już nie żyło, a burasek i czarny znów byli lodowaci. Zabrałam ich z powrotem do domu i wdrożyłam ogrzewanie butelką, ale dla buraska pomoc okazała się zbyt późna, odszedł na moich oczach w ciągu piętnastu minut.

(8511, 8531, 8564, 8633, 8647)

Koty

Koty

Koty

Koty

Pozostały przy życiu czarny kotek ma ogromną wolę przetrwania. Akcję jego odratowania rozpoczęłam wraz z mamą w piątek 8 września, bo tego dnia siostra kupiła mleko dla kociąt i pojechałam z maluchem na wieś sprawdzać swoje siły jako kocia mamka. Pierwsze noce z pudełkiem u wezgłowia były trudne, bo kociak budził mnie mniej więcej co godzinę na posiłek, ale po tygodniu nowego „trybu życia” już się przestawiłam psychicznie i wypracowałam kilka sposobów radzenia sobie z „humorkami” malca. Świadomość, że kociak rośnie, rozwija się i nabiera samodzielności, wynagradza mi konieczność nocnego wstawania i bycia w okolicy pudełka na każde zawołanie małego lokatora. Sporym ułatwieniem w opiece okazał się zakup butelki ze smoczkiem dedykowanej kociętom i szczeniętom. Mogłam zrezygnować z pipetki i w końcu jednorazowo nakarmić kociaka do woli, bez potrzeby przerywania karmienia na napełnienie pipetki. Najbardziej budujące jest jednak to, że dzięki tak ścisłej opiece nad oseskiem byłam świadkiem pierwszego ważnego wydarzenia w jego życiu – otwarcia oczu. Spojrzał na mnie po raz pierwszy w nocy 11 września. Na tej podstawie, zakładając, że kocięta otwierają oczy w wieku około 7 dni, oszacowałam, że urodził się 4 września. To naprawdę niesamowite, że będąc tak malutkim stworzeniem, przetrwał co najmniej dwa dni bez właściwej opieki, a gdy ją w końcu otrzymał, odwdzięcza się z nawiązką, śpiąc coraz dłużej, rosnąc i nadrabiając nienachalną urodę miłym dla ucha mruczeniem, gdy jest najedzony i znajdzie ciepły kąt do drzemki. Coraz więcej „spaceruje” i dziwi się światu, wydając dźwięki brzmiące zupełnie jak ludzkie „ooo?”.

 

Kacper

Kacper

Grażyna

                     Kacper jest pierwszym kotem uratowanym z szopy – to moja mama wydarła go śmierci 7 września sześć lat temu. Jego rodzeństwo już nie żyło, a on okazał się niezwykle żywotny. Różnica pomiędzy nim a moim obecnym maleństwem polega na wieku w chwili uratowania, bo Kacper miał już około 3 tygodnie, wszystko widział i słyszał. Krótko wymagał karmienia pipetką, dlatego nikt nawet nie wpadł na pomysł kupowania butelki ze smoczkiem. Obecnie jest dużym, dumnym kocurem, który mimo tej dumy łaknie kontaktu z człowiekiem i bardzo się cieszy, gdy spotykamy się wieczorem w domu i może ułożyć się ze mną do snu. Nie ma znaczenia, czy rozłąka trwała kilka godzin, czy kilka dni. Myślę, że bardziej przeżywałby moją nieobecność, gdyby nie miał Grażyny za towarzyszkę niedoli. Jeszcze od czasu do czasu napada ją i tarmosi futro, ale i tak jest dużo milszy i spokojniejszy, niż był w poprzednich latach. W końcu i jego dopadła stateczna dorosłość, do której czarnemu diabełkowi jeszcze bardzo, bardzo daleko.

 

Lola

                  Na wsi oprócz malca jest jeszcze jeden kot w domu – rekonwalescentka Lola. Już od jakiegoś czasu miała kłopoty z uszami, zwłaszcza jedno ją swędziło i było ciągle zanieczyszczone wydzieliną. Weterynarz zbadała wydzielinę pod kątem bakterii i wdrożyła leczenie gronkowca złocistego. Gronkowiec jest paskudztwem, które lubi częściowo się utajnić i nie poddawać działaniu leków, a po zaprzestaniu kuracji znów dać o sobie znać. W ten sposób można go „zwalczać” w nieskończoność. Dlatego po miesiącu leczenia, które dało efekt, ale bardzo uderzyło po kieszeni, mama dała za wygraną, tym bardziej, że Lola jest kotem podwórzowym i nie umie właściwie zachowywać się w domu. Aplikowanie jej leków jest dość trudne. Ostatnio była nieuchwytna, a gdy wreszcie ukazała się oczom mamy, na jej głowie straszyła wielka opuchlizna i obrzęknięte nieszczęsne ucho. Spędziła tydzień w klinice i dopiero przedwczoraj wróciła do domu. Przeszła operację usunięcia narośli z ucha i części tkanek wokół niego, które prawdopodobnie są tkankami nowotworowymi. Teraz Lola straszy raną na głowie, trzeba codziennie smarować ją płynem odkażającym i czekać, aż zacznie się goić. Jeśli narośl będzie się odbudowywać i po raz drugi spowoduje taką opuchliznę, Lolę niestety czeka uśpienie, ponieważ będzie to świadczyło o obecności nowotworu złośliwego. Lola ma już 10 lat, jako kocię ganiała się wokół drzewa z kilkumiesięcznym Amikiem i miała pół roku, gdy urodziła się Silverka.

 

Koty

Zdunek

Koty

                Zdunek i jego kolega dokazują w najlepsze, wciąż są dobrymi przyjaciółmi i śpią razem. Może nie zawsze w jednym pudełku, ale przynajmniej na jednym parapecie. Zdunek przebywa głównie przed domem, natomiast drugi kocur lubi zapuszczać się w głąb działki i ostatnio nawet zastąpił Bertolda na spacerze po jego „rewirze”. Widać, że Bertold też ma swoje lata, skoro już zaniechał prób wygonienia młodzika i pogodził się z tym, że kilka razy dziennie ma nieproszonego gościa.  

 

Kura

Kura

Kura

                Z nietypowego zwierzyńca w wakacje uwieczniłam zadumę kur nad melonem (w zeszłym roku dziwiły się arbuzowi). Mamy teraz kilkanaście nowych, jasnych, które uwielbiają sypiać na drzewach. Dobrze, że nie odwiedzają jeszcze sąsiadów, bo bałam się, że tak wysoko mogą podfruwać.

 

             Zdarzyło mi się być świadkiem żabiego mistrzostwa w kamuflażu. Póki stworzenie siedziało na chodniku, było widoczne jak na dłoni. Szybko jednak ukryło się pomiędzy liśćmi rośliny rosnącej przy ścianie budynku i przez chwilę miałam problem, żeby je znaleźć przez wizjer aparatu, choć przecież widziałam, gdzie czmychnęło.

 

Bas

                Nie od dziś wiadomo, że moim ulubionym tłem do zdjęć dla wiejskich psów jest wysiewane co roku na drugiej działce zboże. Lubię mu „towarzyszyć” we wszystkich etapach rozwoju aż do zaorania pola i przygotowania go pod nową uprawę. Dodatkową atrakcją są maki, które w czerwcu wyrastają na kawałku ziemi obok.

 

Hektor Bas

                W tym roku długo miałam pecha – gdy wychodziłam z domu, by robić zdjęcia, maki już się zwijały. Zaczęłam wychodzić wcześniej, ale psy tak długo kręciły się bez ładu i składu, że nie udawało mi się zrealizować żadnej wizji, jaką miałam już przygotowaną w głowie. Czasem jednak jestem aż do przesady cierpliwa i tym razem czekanie mi się po wielokroć opłaciło. W chwili, gdy przestałam maniakalnie biegać za psami pomiędzy makami, a tylko chodziłam dzień w dzień na spacery po terenie, niby od niechcenia rzucając okiem na czerwone kwiaty, psy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zaczęły „ustawiać” się do zdjęć. Najpierw udało mi się uwiecznić pozującego Hektora, a kilka dni później Basa.

 

Canon

Miki

Hektor

                Po pewnym czasie maki zaczęły przekwitać i nie było ich już tak wiele, ale i tak wśród ostatnich egzemplarzy przewinął się Canon (gdybym bardzo chciała zrobić mu tam zdjęcia, z pewnością poszedłby w odwrotną stronę), za nim Miki, a na koniec Hektor.

 

Psy

                Z braku maków skupiłam się na zbożu. Któregoś dnia trafiłam na przepiękne popołudniowe słońce, w świetle którego na tle zboża po kolei przechadzały się kolejno duże psy, zaciekawione ludźmi snującymi się po drodze za płotem.

 

Psy

                Później były żniwa, a psy poszukiwały skarbów w ściernisku.

 

Baryton

Misia

                W tej chwili pole jest już zaorane, a psia młodzież zwłaszcza uwielbia się po nim ganiać, wzbijając tumany kurzu i spektakularnie przewracając się i turlając nawzajem.

 

Hektor

Bas

Czasem jednak nawet na piachu udaje się zrobić ładne portrety, czego dowodem są ostatnio wykonane zdjęcia.

 

Bertold

Bertold

To był akurat dzień, kiedy zamiast Bertolda na spacerze towarzyszył nam kolega Zdunka. Bertolda znalazłam śpiącego w trawie przed budynkiem. Zdziwiłam się, że takie sobie znalazł miejsce na odpoczynek, zwykle bowiem koty wybierają miejsca wyżej usytuowane, gdzie nikt im nie podskoczy (w przenośni i dosłownie). Musiałam się wręcz upewnić, czy wszystko z nim w porządku i tak powstało zdjęcie zniesmaczonego kota ze skrzywioną miną, wyrwanego ze słodkich snów.

 

Bas

Szybko mi wybaczył brak taktu i potowarzyszył przez chwilę, gdy fotografowałam Basa na tle pieczołowicie pielęgnowanego przez mamę ogródka z kwiatami. Bas z kolei robił, co mógł, by urozmaicić sesję zdjęciową.

 

Baryton

Baryton i Hektor czekali, aż skończymy się wygłupiać i wrócimy pod dom.

 

Miki

Miki czujnie obserwował kruki ganiające się zawzięcie po polu. Widać, ile już ma siwych włosów na karku.  Jak na starszego pana przystało bywa bardziej humorzasty niż do tej pory. Potrafi znienacka ze złością uwiesić się Canonowi na szyi, gdy ten przechodzi obok. Denerwują go też zabawy Hektora z Basem, często wtrąca się w nie i szczeka na bawiących się, jeżąc groźnie siwą sierść na karku. Gdy rozbrykana młodzież nie traktuje go poważnie, mikrus nie waha się rzucić także na tych kolegów z zębami. Dobrze, że oni nie mają ochoty pokazać mu, kto jest silniejszy.  

 

Canon

Przed domem na całą czeredę czekał Canon, który coraz częściej i wyraźniej daje do zrozumienia, że na więcej niż jeden spacer „niealarmowy” wybierał się nie będzie. A ja tylko czekam, aż wygnie tę siatkę i wpadnie do ogródka (swoją drogą jest to i tak najsolidniejsza konstrukcja ze wszystkich, które były do tej pory. Najskuteczniej weryfikowały to szczeniaki, gdy regularnie robiły fikołka ze schodów prosto w kwiaty – teraz mogą tam „wpaść” jedynie koty lub Canon właśnie, bo żaden inny pies nie ma prawa rozpychać się na schodach).   

 

Bas

Canon

Psy

A co z dzikim winem, z którym sesje otwierały zeszłoroczną notkę podsumowującą lato? Ano rośnie w najlepsze, a szczeniaki na jego tle. Nie tylko one zresztą mają tam ładne portrety.

 

Farid

 Psy

Diego

Diego i Farid

Diego

Diego

Z kolei u Diego, jeśli tylko nie było upalnie, najciekawsze zdjęcia przynosiłam ze spacerów na tył podwórka. Te wyjścia, podczas których szczeniak ganiał się z Faridem lub obaj ganiali psa sąsiadów, mobilizowały mnie do koszenia terenu. Nie ukrywam, że po krótkiej trawie lepiej chodziło się wszystkim i zdjęcia wyglądały bardziej „schludnie”. Jest fragment podwórka, na który nie jestem w stanie wjechać kosiarką, bo trawa urosła zbyt wysoka, a wcześniejsze koszenie utrudniały nierówności, w których kosiarka się zawieszała lub w nie wpadała. Z tych chaszczy psy najczęściej przynoszą kleszcze, ale po to stosuję u nich krople, by były to pojedyncze przypadki, a nie całe stada. Na szczęście mali krwiopijcy nie gustują w Diego i Faridzie tak, jak w biednym Benku, któremu potrafiły wczepić się jeden obok drugiego koło oka. Szczytem kleszczowej bezczelności było zeskoczenie na Benka na moich oczach i dołączenie do towarzyszy, których już usiłowałam powyciągać z kółka wzajemnej adoracji. Przy tym zupełnie nie peszył ich fakt, że co miesiąc wylewam na Benka trującą dla nich substancję. Miło chociaż z ich strony, że przez tyle lat żerowania na psie nigdy nie poczęstowały go babeszjozą.

Na zakończenie chciałabym pokazać kilka zdjęć zrobionych psom w podobnych sytuacjach i pozach, które najlepiej obrazują, jak szczeniaki zmieniły się w ciągu dwóch miesięcy, od ukończenia piątego miesiąca w czerwcu do siódmego w sierpniu.  

Psy

Psy

Psy

Psy

Psy

Bas

21:33, hundediary
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 293
Zakładki:
Fotograficzne inspiracje - Instagram
Czytam
Fotograficzne inspiracje - różne strony
GDZIE MNIE ZNAJDZIESZ
OCALIĆ OD ZAPOMNIENIA
Psy, które często odwiedzamy
free counters Licznik odwiedzin od sierpnia 2009 free counters