Blog > Komentarze do wpisu
Nie poczekał

Neska urodziła się 22 lutego 2003 roku i czekała do maja, by trafić w moje ręce jako prezent komunijny. Wybrałam ją sobie na wystawie psów (dziś bym już tak nie zrobiła) w Łodzi. Mama wiedziała, że tego dnia nie wrócę z pustymi rękoma, ale zastrzegła tylko, żeby był to piesek mały i krótkowłosy, bo miał mieszkać w domu. Wydawało mi się, że Neska doskonale spełnia te warunki. Tata poparł mój wybór i po chwili trzymałam na rękach swojego drugiego psa. 

  

Neska była następczynią Pchełki, suczki, którą pół roku wcześniej straciłam w wypadku. Bardzo mi brakowało psa, z którym mogłabym wychodzić na spacery, bo polubiłam wyprawy z Pchełką. Mama też doszła do wniosku, że "całorocznie" domowy pies nie byłby od rzeczy. Pchełka co prawda mieszkała w domu, ale tylko jako szczeniak. Potem tak polubiła przebywanie na zewnątrz, że stała się psem podwórzowym i najbardziej lubiła mieszkać w garażu. 

Imię dla Neski pojawiło się spontanicznie, bo kolor jej sierści skojarzył nam się z kawą. Dwa lata później, gdy przygarnęliśmy Inkę, została tak nazwana przez analogię ("do kompletu").  

  

 

Gdy Neska pojawiła się u nas, miałam niecałe dziewięć lat i mnóstwo pomysłów na spędzanie z nią czasu, niekoniecznie bezpiecznych i trafionych. Nie potrafiłam na przykład zapanować nad umiejętnością przenikania suczki przez płot, gdy szłam w odwiedziny do sąsiadów. Zawsze okazywało się, że ona też bardzo chciała się z nimi pobawić. Z drugiej strony jednak, zgodnie z obietnicą daną sobie po śmierci Pchełki, ćwiczyłam konsekwencję, ucząc ją kilku podstawowych komend, by móc ją bezpiecznie spuszczać na spacerach.

 

 

Jamniczka zawsze potrafiła ułożyć sobie stosunki z innymi psami. Długo była jedynym małym na podwórku, więc mogła wodzić pozostałe za nos. Wszystkie kaukazy, a szczególnie ich ogony, służyły jej za poduszki i koce zimą. Uwielbiała bawić się z Tobikiem, a ich relacje często przypominały wręcz dobre małżeństwo. Gdy pojawił się Miki, przeżywała drugą młodość, znów zmuszona do ganiania za poruszającym się lotem błyskawicy kolegą. 

 

  

 

Wychowała się z kotem Rudym, polubiła też naszą wakacyjną znajdę Pusia, ale po ich zaginięciu zaczęła ganiać i atakować koty. Wszystko zmieniła Silverka i jej brat, osieroceni przez swoją matkę. Gdy tata przyniósł ich do Neski, bez zastanowienia zaczęli ją ssać. Jamniczka początkowo była przerażona, ale wkrótce wczuła się w swoją nową rolę na tyle, że... dostała mleka. Od tamtej pory tolerowała wszystkie koty, a Silverkę darzyła szczególnymi względami, zresztą ze wzajemnością.

 

  

 

Początkowo wychodziłam na spacery tylko z nią, choć w międzyczasie udało mi się nauczyć chodzenia na smyczy również Tobika. Rodzice jednak długo nie pozwalali mi zabierać dwóch psów na raz. W styczniu 2008 roku po raz pierwszy poszła z nami Silverka i tak już zostało. Później pojawił się Amik i Neska przestała za mną nadążać, dosłownie i w przenośni. W dalszym ciągu zabierałam ją ze sobą, ale teraz szła już w swoim tempie, zazwyczaj za nami. Myślę, że mimo wszystko cieszyła się z tego, bo miała nieograniczoną swobodę, mogła sama decydować, co chce wąchać i jak długo. Sama musiała się pilnować i nie gubić. Po pojawieniu się Mikiego w szybkim czasie opanowałam sztukę manewrowania trzema smyczami i kierowania trzema psami, ale tym razem Neska już całkowicie była "skazana" na wolność. W kontemplowaniu okolicznych nor cierpliwie towarzyszyła jej Silverka. 

 

 

 

Neska była dobrym stróżem. Jak na swoją posturę miała bardzo niski i donośny głos. Łatwo było odróżnić jej szczekanie-gadanie z psami sąsiadów od alarmowania, że ktoś obcy stoi przy bramie. Bardzo lubiłam ją za to, bo od razu wiedziałam, co się dzieje. Tylko na starość Neska odkryła potrzebę nadużywania swojego głosu i, jak to określaliśmy, "szczekała na ciemność". Później doszliśmy do wniosku, że robiła to zawsze od dziesiątej wieczorem, przypominając w ten sposób o sobie i domagając się wpuszczenia na noc do domu. Skojarzyliśmy to dlatego, że Miki zaczął robić tak samo. 

 

 

Dzięki Nesce, a może raczej przez nią, osobiście przekonaliśmy się do sterylizacji suk jako zbawiennego zabiegu. Długo jej cieczki przeżywaliśmy bez awantur (a może tylko mi się tak wydaje, bo byłam za mała, żeby zauważyć, że psy akurat wtedy się często gryzły?). Dopiero gdy odszedł Tobik, pogryziony przez Barry'ego, a rok później Barry atakowany przez Amika, poszliśmy po rozum do głowy i wysłaliśmy Neskę na zabieg. Skłoniło nas do tego też odkrycie, że w jej sutkach rozwijają się guzy. Weterynarz powiedziała, że pojawiają się one u 90% populacji jamników. Przyznam szczerze, że byłam nieco zdziwiona, bo naczytałam się o dyskopatii, a nie sądziłam, że mają też predyspozycje do nowotworów. 

  

We wrześniu 2009 Neska przeszła sterylizację i hemimastectomię (wycięcie gruczołów mlecznych) po prawej stronie (za zdj, powyżej jest ok. tydzień po operacji). Już wtedy martwiliśmy się, czy dobrze zniesie tak poważną ingerencję w swoje ciało, ale wybór był oczywisty. Gdybyśmy wtedy ją zostawili w spokoju, w kolejnym roku pewnie stracilibyśmy trzeciego psa.   

 

  

Dzięki tej decyzji mieliśmy trzy lata spokoju. Zdążyłam nawet zapomnieć, że istnieje coś takiego jak cieczka i jest bardzo problematyczna. Zapomniałam też o sutkach Neski, a trzeba było jakiś czas po pierwszej operacji poddać ją kolejnej, żeby zapobiec przerzutom nowotworów. Gdy to do mnie dotarło, było już za późno. W pozostałej listwie mlecznej pojawił się guzek, który przez rok powiększał się nieznacznie. To znów uśpiło naszą czujność.

Od tegorocznych wakacji zauważyłam, że jakby zebrał się w sobie i rośnie szybciej. Na początku września Neska przez kilka dni miała objawy regularnej cieczki. Psy się pogryzły i to na tyle poważnie, że Nikon musiał przejść operację na kark, ale o tym innym razem. Byliśmy wściekli i bezradni. Zaczęłam nawet wątpić w cudowną moc sterylizacji.

Wkrótce okazało się, że zabieg nie był wykonany źle. Po prostu widocznie przed hemimastectomią nikt nie sprawdził, czy Neska nie ma już przerzutów. A jeśli sprawdził, to mówił nam o tym na tyle niewyraźnie, że nikt tego nie zapamiętał. Guz w pozostałej listwie rozhulał się na całego i spowodował chwilowe zmiany hormonalne u Neski, które zaowocowały wspomnianymi objawami cieczki. Chwilowe, bo później, choć suczka była pod ścisłą obserwacją, już nic się nie działo, Nikon spokojnie doszedł do siebie po operacji.

W połowie października przyjechała weterynarz na wizytę domową, żeby skontrolować Nikona, a przy okazji obejrzała Neskę. Powiedziała, że ma przerzuty w płucach, a nowotwór w sutku już tylko będzie rosnąć, aż w końcu pęknie i zacznie z niego cieknąć ropa. Wtedy trzeba będzie Neskę uśpić. 

Teoretycznie mieliśmy dużo czasu, żeby oswoić się z tą ostateczną diagnozą. Ale i tak szokiem było dla mnie odkrycie, jak bardzo ten guz od wspomnianej wizyty zaczął rosnąć. Zupełnie jakby usłyszał, że się nim interesujemy. Smutno było przyjeżdżać po tygodniu i widzieć, że już prawie mogę go objąć ręką. W zeszłą sobotę wyszłam z Neską na spacer. Wlokła się wyjątkowo wolno, aż się nawet zniecierpliwiłam. Spojrzałam na nią i momentalnie złość ze mnie wyparowała, a zastąpiło ją przerażenie - guz zdecydowanie wystawał jej poza linię ciała, a gdy patrzyło się na nią z boku, dotykał już ziemi! Spacer był bardzo powolny i króciutki. Widziałam, że Neska się cieszy, ale nie może tego okazać, bo nie jest w stanie szybciej iść. Doszło do tego, że trzeba było przenosić ją przez próg, nie chciała chodzić po kamienistym podłożu, nie mogła wejść na dwa schodki przed domem, a gdy położyła się na posłaniu, żadna pozycja nie była dla niej wygodna. 

Mama nie wytrzymała i umówiła ją na wizytę. Stwierdziła, że trzeba zrobić cokolwiek, co poprawi Nesce choć trochę komfort życia. Weterynarz prześwietliła suczkę i potwierdziła, że jest mnóstwo przerzutów w płucach. Oprócz tego suczka ma bardzo słabe serce, więc są nikłe szanse, że przeżyje operację. 

Tamtego dnia, we wtorek 13 listopada, Neska nie wróciła już do domu. 

Miki jest trochę zagubiony, nie rozumie, dlaczego zniknęło jej posłanie. Nie wiem, czy Silverka nadal będzie chciała z nami spacerować, skoro jej zabrakło. Może jest obrażona, że mama na najdłuższy spacer wybrała się bez niej. Nie poczekała na nią.

Szkoda, że nowotwór dla odmiany nie poczekał na jej dziesiąte urodziny, to miało być już niedługo - okrągła rocznica...

  

niedziela, 18 listopada 2012, hundediary
Komentarze
Gość: Runia, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2012/11/21 16:34:46
Strasznie mi przykro z powodu choroby Neski :(
Wiem że to zapewne bardzo trudne...
Neska była cudownym psem z tego co tu opisałaś.
Pełnym życia,widać po zdjęciach ;)
Ale każdy kiedyś odchodzi...niestety ;'(
Pozdrawiamy - Karolina,Bacuś i reszta gromady :)
-
Gość: Alka, *.xdsl.centertel.pl
2012/11/21 16:47:33
Kilka ostatnich zdań tej notki wywołały u mnie dreszcze...
Już mówiłam, że przykro mi z powodu Neski... Przyzwyczajam się do Twoich psów i często o nich myślę, kiedy odchodzą, czuję jakąś dziwną pustkę...
W całej tej sytuacji plusem jest to, że neska już się nie męczy. Pewnie bardzo cierpiała, gdy ten gu był coraz większy. Twoja mama podjęła dobrą decyzję.
Teraz pozostało tylko wspominać jej zalety. Niestety jedyną wadą psów jest to, iż żyją tak krótko... Musimy się nimi cieszyć i wykorzystywać każdą chwilę, gdy są radosne i zdrowe, nie wiadomo kiedy się to zmieni.
Pozdrawiam i życzę zdrowia dużo dla reszty psów!
PS. Widzę, że masz mój blog w liści ulubionych- jeśli masz czas to możesz aktualizować, bo tamtego już nigdy nie będę prowadzić, tutaj jest nowy:
wachlarzemocji.blogspot.com
-
bo-ness
2012/12/05 20:09:46
Ogromnie współczuję... :( Pamiętam Neskę od kiedy zaczęłam śledzić Twojego bloga, regularnie gdzieś tam się w postach pojawiała, a jej przyjaźń z Silverką zawsze wywoływała u mnie uśmiech. Wiem, że moje słowa niewiele pomogą, ale trzymaj się!
free counters Licznik odwiedzin od sierpnia 2009 free counters