Blog > Komentarze do wpisu
Umrzeć z miłości (cz. II)

Ares z wiekiem coraz bardziej zdecydowanie ustawiał swoje dwie współlokatorki. Ostatecznie Fionę traktował jak nic nieznaczącego „parobka”, ale w Ince chyba się zakochał. Suczki pierwsze cieczki dostały mniej więcej w tym samym czasie. Gorączkowo oddzielaliśmy Aresa i Fionę od siebie, bojąc się zyskania hordy szczeniaków. Okazało się jednak, że pies w ogóle wtedy na łaciatą koleżankę nie spojrzał. Całkowicie pochłonęło go „podrywanie” Inki. Niezbadane są wyroki serca :P

Ares, Fiona, Inka

Fiona po trzeciej cieczce została wysterylizowana z powodów zdrowotnych. Inka jednak nadal była w pełni „kobietą”. Przy kolejnej jej cieczce Ares biegał za nią jak zamroczony, a Fiona przejmowała wtedy jego obowiązki. Normalnie bowiem nie miała prawa wyręczać psa. Mogła co najwyżej ostrzegać go, jeśli dostrzegła coś niepokojącego wcześniej niż on. Aktywna obrona terenu to już była domena Aresa. Jako dorosły pies posiadał dwie osobowości – wobec domowników był pieszczochem i skłonnym do zabawy pieskiem, natomiast całą agresję wyładowywał na intruzach. Bardzo spektakularnie oznajmiał im, że to jego teren i nie mają prawa zrobić ani kroku więcej w stronę bramy. Rzucał się wściekle na siatkę, stawał na tylnych łapach i tubalnie szczekał. Tak, Ares nie miał w zwyczaju ujadać, tak jak Fiona. On tylko szczekał – rzadko, ale za to dobitnie. Przy takim ochroniarzu naprawdę wszyscy mogliśmy czuć się bezpiecznie. Potrafiliśmy wybaczyć mu jego nachalność dyktowaną naturą dominanta, który wszystko musi wiedzieć i wszystko sprawdzić, bo jako pies stróżujący był nieoceniony. Nie przechodził żadnych szkoleń rozwijających agresję. Po prostu lata doświadczeń z kolejnymi gośćmi i przypadkowymi przechodniami wykształciły w nim najskuteczniejszą metodę działania. Z natury był wybuchowy i ostry, a ponieważ nauczyliśmy go, że właściciele nie są do atakowania, tylko do zabawy, przekierował swój temperament na obcych. Bardzo denerwowali go też sąsiedzi – nienawidził, gdy kosili trawnik na podwórku albo jeździli na quadach. Swego czasu z zaciętością przeganiał również listonosza, gdy ten przyjeżdżał na motocyklu. Generalnie furię wzbudzało w nim wszystko, co potrafiło warczeć i hałasować bardziej od niego. Tutaj jednak też „podzielił” swoją osobowość. Całkowicie ignorował naszą kosiarkę, a nawet schodził jej z drogi.

Ares

Ares lubił wszystkich członków rodziny, ale w różnym stopniu. Uwielbiał moją mamę i jej najbardziej i najchętniej się słuchał. Również ja, stosując odpowiednie podstępy i wykorzystując nieco mniejszą, ale jednak, część autorytetu, jaką miałam u Aresa, mogłam wyegzekwować od niego wszystko. Musiałam tylko pamiętać, żeby zawsze zachowywać spokój i równowagę. W momencie, gdy traciłam cierpliwość i zaczynałam pokrzykiwać albo szarpać psa, ten zachowywał się zupełnie odwrotnie, niżbym sobie tego życzyła. Na kolejnym miejscu znajdowała się moja siostra. Ares bardzo chętnie ją zaczepiał i bawił się, ale już mniej chętnie szedł do kojca na jej rozkaz. Dziadkowie byli przez psa tolerowani. Przez grzeczność podchodził, gdy byli na podwórku, ale nie zaczepiał ich zbyt natrętnie. Jeśli chcieli się z nim pobawić, pozwalał sobie na chwilę szaleństwa. Jeśli jednak odmawiali, spokojnie odchodził i zajmował się swoimi sprawami. Słuchał ich tylko wtedy, gdy miał dobry humor. Jeśli uznał, że gość czekający za bramą jest bardziej godny uwagi, odciągnąć mogła go tylko smycz.

Ares

Ares

Ares przez pierwsze dwa lata swojego życia uwielbiał zabawę węzłem. Kojarzyła mu się ona ze mną, bo tylko ja się z nim tak bawiłam. Wyćwiczyłam się przy nim i nawet nie wydawał mi się taki silny. Wtedy też nauczyłam go reakcji na kolejną komendę – „puść”.

Ares

Potem pies znacznie dojrzał. Przestały go bawić próby sił. Bardziej zależało mu na pieszczotach. Chętnie przewracał się na plecy, podstawiając brzuch do klepania i pierś do drapania. Lubił siadać tuż koło mnie, a najlepiej na moich stopach i wychylać głowę do tyłu, chcąc spojrzeć mi w oczy. Często wywieszał wtedy luzacko język, tym chętniej, jeśli drapałam go wtedy po piersi. Kładł się także naprzeciwko mnie i obgryzał buty. Uwielbiał rozplątywać sznurówki (pewnie zostało mu to z dzieciństwa ;-). Zaczepiał mnie do zabawy, siadając, patrząc mi w oczy i obejmując przednią łapą moją nogę, jakby chciał mnie przytrzymać.

Ares

Jedyną rzeczą, na jaką owczarek godził się bardzo niechętnie, było czesanie. Dawniej najczęściej robiła to moja mama i jako jego najulubieńszy właściciel, mogła wypielęgnować go raz a porządnie. Ares miał piękną grzywę. W okresie linienia wychodziły z niej jednak niewyobrażalne ilości włosa. Co ciekawe, na co dzień nie było go widać. Struktura sierści była inna, niż u pozostałych znanych nam psów tego pokroju. Podszerstek nie wychodził na wierzch i nie zbijał się w kłęby widoczne gołym okiem. Aresa trzeba było więc czesać „na wyczucie”. Robiliśmy to jednak dość rzadko. Na tyle, że pies nigdy się do tego zabiegu do końca nie przekonał. Pewnie dlatego, że gdy już zaczęliśmy go wyczesywać, nie mogliśmy przestać, bo z każdym pociągnięciem szczotki wychodziły kolejne kłęby futra. Zabieg trwał więc bardzo długo i nudził psa. Przez trzy ostatnie lata czesanie Aresa było moim obowiązkiem. Oczywiście nikt mi go nie narzucił. Mama nie uczesała psa raz, drugi, piąty, aż w końcu ja się za niego wzięłam. No i wyszło na to, że skoro mam więcej czasu i cierpliwości do psa, to mogę go zacząć sama czesać. Nie zliczę, ile razy nawzajem z Aresem mieliśmy ochotę się zadusić. On dlatego, że za długo go nagabuję ze szczotką, a ja, bo za szybko mi ucieka i obraża się, uniemożliwiając kontynuację zabiegu. Chyba tylko kilka razy udało mi się gruntownie wyczesać Aresa, łącznie z kryzą, tak, że wyglądał, jakby miał zaraz wystąpić na wystawie. Pozostałe sesje zabiegowe były ot tak, po wierzchu, byle tylko udało się usunąć choć część martwego włosa, żeby zapobiec kołtunom. Aresowi za uszami robiły się śmieszne karbowane frędzelki. Szybko jednak tworzyły się na ich miejsce brzydkie dredy, bo pies był przewrażliwiony na punkcie gmerania mu przy uszach. Nawet tych dredów nigdy nie dał mi sobie wyciąć do końca.

Ares

Ares był bardzo fotogeniczny, ale niestety nie miałam zbyt dużo czasu w ciągu roku szkolnego, żeby uwieczniać jego urodę na zdjęciach. Wakacje w większości z kolei spędzałam na działce, więc nie miałam możliwości ganiania za nim z aparatem. Z kolei po jakimś czasie doszłam do wniosku, że nie mam czego żałować. U Aresa naprawdę niewiele się działo. Najwięcej mam jego portretów, bo głównie leżał na środku podwórka i czujnie lustrował chodnik za ogrodzeniem.

Owczarek w swoim futrze bardzo źle znosił lato. Nie mógł się przełamać – czy iść do cienia pod dom, czy leżeć w pełnym słońcu w swoim ulubionym punkcie obserwacyjnym? Na szczęście ostatecznie jego zdrowy rozsądek brał górę i udar słoneczny zdarzył mu się tylko raz. W porę otrzymał pomoc, bo na podwórku akurat była siostra.

Miłość Aresa do Inki wzmagała się oczywiście z każdą jej cieczką. Był zdecydowany mieć ją cały czas przy sobie. Chcąc wyciągnąć ją z budy, w której się przed nim chowała, rozgryzał wejście w drobny mak. Podobnie niszczył drzwi od domu, gdy wpuszczaliśmy tam suczkę. Na szczęście tych drugich nie udało mu się przegryźć. Któregoś razu jednak dokonał „włamania”, gdy drzwi przez nieuwagę pozostały otwarte. Wszedł za Inką po schodach na drugie piętro, choć nigdy nie był w domu i nie miał do czynienia ze schodami! Ta miłość rzeczywiście go uskrzydliła. W przenośni i niestety też dosłownie.

Ares tego lata wyjątkowo źle znosił upały. Jak na ironię również teraz Inka dostała cieczkę. Wszyscy jakoś przespaliśmy te pół roku od zimowej, podczas której musieliśmy użerać się z agresywnym i upartym „kochankiem”. Już wtedy była mowa o rychłej sterylizacji Inki...

Owczarek ostatnio nic nie jadł, tylko biegał z wywieszonym językiem za suką. Nawet gdy udało się ją wgonić do domu, nie przerywał warty pod drzwiami nawet na chwilę. Do końca wydawał się zdrowy, tylko był niesamowicie zmęczony. Zniszczył obie budy w kojcu – swoją i Fiony, bo Inka oczywiście na zmianę chowała się w obu.

Rano 10 sierpnia dziadek wyszedł z domu i zobaczył, że Ares śpi tak jak zwykle, na środku podwórka. Zatrzasnął drzwi i zdziwił się, że pies nie reaguje. Nie było mnie przy tym, więc mogę opierać się tylko na opowieści mamy. W ogóle o śmierci Aresa dowiedziałam się wyjątkowo późno, dwa tygodnie po fakcie.

Ares prawdopodobnie dostał zawału albo drugiego udaru. Tym razem jednak nie było nikogo, kto mógłby mu pomóc. Mam nadzieję, że nie cierpiał, przynamniej nie tak, jak w ostatnich dniach, opętany zapachem Inki i zmęczony upałem. Mam nadzieję, że zasnął i po prostu już się nie obudził...

Ares

Umrzeć z miłości? Niestety, to się zdarza...

 

Ares

 

PS. Teraz Inka NA PEWNO zostanie wysterylizowana. Cieczka u niehodowlanej suki to za duży kłopot i stres... Szkoda, że musiało dojść do takiego zdarzenia, żebyśmy się o tym dobitnie przekonali...

wtorek, 31 sierpnia 2010, hundediary
Komentarze
Gość: Alka, *.xdsl.centertel.pl
2010/08/31 18:01:48
Mój ulubiony pies.
Symbol waleczności, doskonały model.
Zawsze na pierwszym miejscu stawiał Wasze bezpieczeństwo.
Cudowny misiek. Wierny, romantyczny kochanek.
Uwielbiał się z Tobą bawić, kochał Inkę...
Po prostu Ares.
Odszedł na warcie. Do końca oddany.
Za Tęczowym Mostem za pewne również pilnuje porządku.Hasa wesoło po zielonych, kwiecistych łąkach. Radości i wolności ma w brut.
W pełni szczęśliwy nie jest. Nie będzie... dopóki nie zobaczy znowu Was. Jego ukochane stado. Wtedy dopiero spokojnie zmruży oczy, przytulony do Twych stop wyciągnie głowę, by go pogłaskać.
Tak właśnie widzę raj. Niebo to my. Zwierzęta i ludzie, radość. Spotkanie. Jestem pewna, że po śmierci wszyscy się znów zobaczymy. Wtedy nie będzie już lęku przed utratą kogoś bliskiego. Nareszcie pogłaskam mojego ulubionego psa. Psa, którego tak lubiłam oglądać. Z utęsknieniem czekałam na nową notkę o owczarku.
Miłość znów odebrała życie niewinnej istocie. Śmierć z miłości, jest najpiękniejszym końcem jaki można sobie wymarzyć...
Śpij spokojnie wierny kochanku, wieczny stróżu...
-
westka_misia
2010/09/02 17:13:48
Wyrazy współczucia z powodu straty przyjaciela :(
Bardzo fajnie opisałaś historię życia Aresa. Przyjemnie się czytało :). Jestem pełna podziwu, że potrafisz tak dużo pisać :o. Swoją drogą, po raz kolejny stwierdzam, że Inka jest bardzo podobna do Mikiego, a przynajmniej na zdjęciach.
Pozdrawiam!
-
berneska
2010/09/10 23:05:34
Boże tak mi przykro :CC
Ares [*]

Decyzja o sterylce najlepsza jaką mogłaś podjąć!
free counters Licznik odwiedzin od sierpnia 2009 free counters