Blog > Komentarze do wpisu
Umrzeć z miłości (cz. I)

Ares urodził się 15 lipca 2005 w małej miejscowości niedaleko nas. Spokojnie sobie dorastał i czekał na moment, w którym będzie musiał opuścić rodzinne strony i zamieszkać u zupełnie obcych sobie ludzi.

W tym czasie na naszym podwórku królował stary, 11,5-letni Kamel, 2,5-letnia Masza oraz przygarnięta ze schroniska w połowie czerwca 7-miesięczna Inka. Dni suczkom upływały na wspólnych zabawach, a Kamelowi na wypoczywaniu na zasłużonej emeryturze.

5 sierpnia, akurat w dzień mojego powrotu do domu z wakacji, dotarła do mnie wiadomość, że Kamel odszedł. Masza i Inka zostały same i stały się sobie jeszcze bliższe.

28 sierpnia półtoramiesięczny Ares być może bawił się ze swoim rodzeństwem, tak jak dotąd nasze suki. Od dziś jednak w ich życiu nic nie miało być takie samo. Masza miała wypadek samochodowy. Okazało się, że suce wyskoczyła kość ze stawu. Prawdopodobnie w momencie najechania na łapę kołem szarpnęła mocno, chcąc ją oswobodzić. Musiała zostać szybko zawieziona do lecznicy na operację.

Wydawało się, że wszystko już będzie dobrze. Masza wróciła po operacji do domu. Przez kilka dni leżała, regenerując siły. Potem wstawała i zaczęła chodzić po podwórku. Po krótkim czasie już swobodnie się przemieszczała, czasem zdobywała się nawet na bieg.

Pewnego dnia, głaszcząc Maszę, zauważyłam ze zdziwieniem, że ma bardzo napiętą skórę głowy. Jej wzrok był dziwny, bo wytrzeszczała oczy. Opowiedziałam o tym mamie. Następnego dnia suka znów wylądowała u weterynarza. Mama z tamtej wizyty wróciła sama. Powiedziała, że Masza jest pod kroplówką, ma tężec, ale może uda się ją uratować. Przez kilka dni czekaliśmy na informacje od lekarza. Mama czasem jeździła do suki w odwiedziny. Ja byłam u niej raz z siostrą. Na nasz widok podniosła głowę i pomachała ogonem.

Następnego dnia wieczorem, 9 września, weterynarz zadzwonił do mamy z wieścią, że Masza nie żyje.

Inka w ciągu miesiąca została sama. Mama powiedziała, że tak nie może być. Suczce i nam przyda się nie tylko towarzystwo, ale i ochrona. Natychmiast było wiadomo, że nowymi psami będą owczarki kaukaskie. Zaczęło się rodzinne wyszukiwanie interesujących ogłoszeń w gazetach.

Najpierw odwiedziliśmy kilku ludzi, którzy oferowali psy do sprzedaży. Wytypowaliśmy wśród nich dwoje, do których po „naradzie” ponownie zadzwoniliśmy i umówiliśmy się na odbiór szczeniaków.

15 września, dokładnie w dniu ukończenia przez Aresa dwóch miesięcy, zapakowaliśmy do samochodu całą ekipę. Mama prowadziła, dziadek siedział z przodu, ja z tyłu, a obok mnie leżał kocyk przygotowany do położenia na nim szczeniaka.

Najpierw pojechaliśmy do hodowcy, od którego mieliśmy kupić Aresa. Widzieliśmy jego matkę – była biała w rude i czarne łaty, miała obcięte uszy, podobnie jak jej potomstwo. Hodowca wywołał szczeniaki z domu. Pierwsze wybiegły dwie łaciate, biało-brązowe, suczki. „Nasz” piesek ociągał się z prezentacją.

- Antek! Antek! – zawołał właściciel całej tej czeredki.

Wtedy dopiero mały szary niedźwiadek dostojnym krokiem przeszedł przez próg i podszedł do nas łaskawie. Usiadł obok sióstr i zaczął się nam przyglądać. W tym czasie mama zaczęła rozmowę z hodowcą. Najpierw wyraziła wątpliwość co do obciętych uszu szczeniaka. „Czy nie będą mu często chorować?” Właściciel zaprzeczył, że wręcz przeciwnie. Będą zdrowsze niż jego zwisłouchych pobratymców. Ja słuchałam tej rozmowy jednym uchem, bo cały czas obserwowałam „Antka”. Gdy znudziło mu się duszenie siostry, podszedł do mnie i usiadł przy moim bucie. Zaczął pracowicie rozgryzać sznurówkę i jednocześnie zerkał na mnie, czekając, jaka będzie reakcja.

Ostatecznie wraz ze szczeniakiem dostaliśmy dużo porad i wskazówek oraz szmatkę z legowiska, żeby „małemu nie było smutno” i paczkę mielonego mięsa „na pierwszy posiłek w nowym domu”. „Antek” leżał na kocyku na tylnym siedzeniu obok mnie. Całą drogę go głaskałam, bo nie mogłam oprzeć się jego delikatnemu, miękkiemu futerku.

Zanim wróciliśmy do domu, stanęliśmy jeszcze pod domem hodowczyni Fiony. Dziadek trzymał sukę na wycieraczce pod swoimi nogami. W ten sposób dowieźliśmy sobie nowe pieski.

Gdy wypuściliśmy szczeniaki z samochodu na podwórko, chwilę kręciły się w kółko, niepewne, co mają ze sobą zrobić na obcym terenie. W tym czasie Inka uważnie je obwąchała. Ares na jej widok ożywił się i dopadł w podskokach, zachęcając do zabawy. Suczka była trochę zdezorientowana tak żywiołową reakcją. Na początku odstraszała szczeniaka warczeniem. Tego samego dnia jednak psy zaczęły się ze sobą przyjaźnie bawić. Już wtedy było widać, że Ares ma zadatki na dominanta. Jego ulubioną formą zabawy było podduszanie koleżanek. Warczał za każdym razem, gdy się poruszyły i chciały wstać. Zaczepiany przez Inkę odwracał się do niej z gniewnym ujadaniem, zły, że nie może jej dosięgnąć szczenięcymi ząbkami, bo szybko przed nim uciekała.

Ares, Inka, Fiona

Maluchy już pierwszą noc spędziły w kojcu. Długo trwało, zanim udało mi się wraz z siostrą wieczorem ułożyć je do snu. Umieściłyśmy je w jednej budzie, żeby nie czuły się osamotnione i mogły się nawzajem ogrzać. O ile Fiona dość szybko poczuła zmęczenie i zapadła w drzemkę, o tyle Ares wyłaził jak diabeł z pudełka za każdym razem, gdy odchodziłyśmy i chciałyśmy zamknąć bramę kojca, żeby szczeniaki nie zrobiły sobie w nocy krzywdy na nieznanym terenie.

Kilka dni później zaczęliśmy zastanawiać się nad wyborem imienia dla nowych lokatorów. Pomysł z nazwaniem suczki Fioną wszystkim przypadł do gustu, bo imię wyjątkowo do niej pasowało, więc już nie było problemu. Jednak gdy mama z siostrą chciały pieska nazwać – do kompletu – Shrekiem, nie zgodziłam się. Shrek był brzydki, a ja nie chciałam, żebym za każdym razem, wołając szczeniaka, wyobrażała sobie, że mówię do ogra. Poza tym imię było niewygodne w wymowie. Była jeszcze propozycja, żeby zostawić „hodowlanego” Antka. Szybko została jednak odrzucona, bo to bądź co bądź ludzkie imię, nie bardzo odpowiednie dla psa. Mama zastanawiała się też, czy może „Swędek”, od nazwy miejscowości, z której przywiozłyśmy szczeniaka, będzie lepszy? Natychmiast wszystkim stanął przed oczami obrazek nieustannie drapiącego się olbrzyma. To imię pasowało zdecydowanie tylko do zwierzaka zapchlonego albo z alergiami :P Uparłam się, żeby nazwać psa Aresem – argumentowałam, że pasuje do jego wybuchowego charakteru (imię zaczerpnęłam z greckiej mitologii :P). Siostrze nie bardzo się to podobało, próbowała mnie przekonać, żeby zmienić je na Marsa. W końcu to też był bóg wojny, tyle że rzymski. Mnie jednak Mars kojarzył się bardziej z batonikiem.

W końcu udało mi się postawić na swoim i psy zyskały imiona „z dwóch różnych bajek” ;-)

Ares rósł szybko i szybko też pokazał, że rzeczywiście nie pomyliłam się, dobierając mu imię. Gdy zawieźliśmy psiaki do weterynarza na pierwsze badanie i szczepienie, Fiona czuła się bardzo niepewnie i zapierała się jak osioł, nie chcąc wchodzić do lecznicy. Z Aresem mieliśmy mniej problemów, bo był jeszcze mały i dało się go wnieść (Fiona jest od niego starsza o miesiąc, więc była większa). Postawiony na stół przed panią weterynarz rozejrzał się ponurym wzrokiem, a gdy zaczęła go badać dotykiem i próbowała unieść, zawarczał. Pani roześmiała się wtedy i stwierdziła, że na pewno będzie z niego bardzo charakterny „piesek”.

„Piesek” rzeczywiście był złośnikiem. Już od szczenięctwa nie godził się na przymus. Zawsze trzeba było czymś go przekupić. Najłatwiej było jedzeniem albo słodkim słówkiem, bo na pieszczoty wbrew pozorom był łasy. Jednym słowem – uwielbiał być nagradzany i wychwalany, natomiast nie znosił kar. Szybko zorientowałam się, jak mogę to sprytnie wykorzystać w nauczeniu szczeniaka podstawowych umiejętności. Ares z chęcią chodził na smyczy, traktując to jak zabawę. Przymykałam oko na podgryzanie grubej liny, z której smycz była zrobiona, bo nie zależało mi na tym, żeby Ares perfekcyjnie chodził przy nodze. Nigdy nie byłam z nim na spacerze poza granicami działki. Smycz była potrzebna tylko do kontrolowania psa na drugiej części podwórka, gdzie paradowały gęsi i koty, niezbyt lubiane i znane przez Aresa. Dopóki nie były zamknięte, owczarek nie miał do nich wstępu, jeśli nie szedł z którymś z właścicieli.

Ares

Udało mi się go nauczyć także siadania i kładzenia się na komendę i sygnał optyczny. Wiedział, że powinien zostać za bramą, gdy wjeżdżamy lub wyjeżdżamy z podwórka samochodem. W miarę posłusznie szedł do kojca, gdy trzeba było go zamknąć. Wiem, że to maksymalnie podstawowe podstawy, ale akurat tylko tyle było nam potrzebne do wspólnego, w miarę niekłopotliwego życia.

 

Ciąg dalszy w nowszej notce.

wtorek, 31 sierpnia 2010, hundediary
free counters Licznik odwiedzin od sierpnia 2009 free counters